| |
[19-09-03 ] NAZNACZENI SCHIZOFRENIĄ
Na Podhalu jest około 3 tysięcy chorych na schizofrenię, są w każdej miejscowości. Żyją pomiędzy światem rzeczywistym a światem swoich halucynacji. Naznaczeni tą chorobą mają urojenia, lęki. Czują się samotni. Często są odrzuceni przez otoczenie, niezrozumiani przez najbliższych. Ci, którzy zaufali lekarzom, biorą leki, uczestniczą w grupach wsparcia, ci, których spotkała mądra pomoc ze strony najbliższych - mają szansę na powrót do normalnego życia. Schizofrenia to choroba ludzi młodych. Pojawia się najczęściej między 18 a 35 rokiem życia. Nie jest chorobą dziedziczną. Nie jest też chorobą nieuleczalną, co trzeci pacjent zostaje całkowicie wyleczony, stan co drugiego - dzięki terapii - poprawia się do tego stopnia, że może normalnie funkcjonować. Leki nowej generacji nie tylko pomagają wrócić do normalności, ale dają o wiele mniej ubocznych objawów - nie otumaniają, nie wpędzają w depresję. Chorzy na schizofrenię nie zagrażają innym bardziej od osób zdrowych. Ze względu na bogactwo objawów schizofrenia nazywana jest chorobą królewską. Dotyka ludzi różnych stanów, często wybitne umysły. Wśród chorych na schizofrenię byli znani naukowcy, artyści, filozofowie i pisarze - Kant, Hegel, Strindberg czy Swedenborg - słynny szwedzki mistyk i uczony, który zasłynął z pism powstałych właśnie podczas ataków tej choroby. Także na Podhalu mieliśmy wybitnych artystów dotkniętych schizofrenią - wystarczy wymienić Adama Kozaczkę czy Edwarda Sutora. Osoby chore na schizofrenię traktowane są często jak obywatele drugiej kategorii. Przetrzymywani w domu, traktowani jak trędowaci. Nie mówi się o ich chorobie. Nie leczy. Nie daje im się szansy na powrót do normalności. Akcja pod hasłem "Otwarte Drzwi dla Schizofrenii", która 14 września odbędzie się w Nowym Targu, to zaproszenie do wspólnego świata - wspólnego dla wszystkich, także dla tych, których dotknęła schizofrenia. Podczas niedzielnej imprezy w MOK-u będzie można dowiedzieć się czegoś więcej o tej chorobie, poznać twórczość malarską pacjentów nowotarskiego oddziału psychiatrycznego, posłuchać ich poezji. Impreza rozpocznie się o godz. 16. Tęsknię za urojeniami - Anioły powiedziały mi, że muszą mnie opuścić. Powoli docierało do mnie, że to choroba - opowiada 24-letnia Sylwia Mensfeld z Nowego Targu. Zgoda na leczenie była dla niej trudną decyzją. Sylwia uzależniła się od swoich urojeń, rozmów z duchami. Sylwia nie chce ukrywać się pod zmienionymi inicjałami. Twierdzi, że nie wstydzi się swojej choroby. Ze względu na swoje artystyczne uzdolnienia znana jest w Nowym Targu, szczególnie wśród młodzieży. Miała wieczorki poetyckie w "Jatkach", swoje wiersze czytała w nieistniejącej już kawiarni artystycznej "Plama". Od lat pisze, maluje. Jej przygoda ze sztuką zaczęła się wcześniej, choroba nic nie zmieniła. - Miałam 19 lat, kiedy się to zaczęło - opowiada o początkach schizofrenii. - W pewnym momencie zaczęło mi się wydawać, że śledzi mnie policja, że moje rozmowy telefoniczne są nagrywane, że w domu mam podsłuch. Potem usłyszałam głos ducha zmarłego. Powiedział mi, że mam dar rozmów z nienarodzonymi dziećmi. Zaczęłam z nimi rozmawiać. Miałam też wizje. Widziałam piaskownicę, bawiące się w niej dzieci, do których zbliżały się demony. Musiałam ich bronić. To była walka na słowa - opowiada Sylwia. - Potem w nagrodę usłyszałam głos Boga. Rozmawiałam z nim. To było doznanie mistyczne nie do opisania - mówi. - Byłam zauroczona tym światem, w stosunku do matki stałam się agresywna. Wydawało mi się, że jest diabłem, chciałam przed nią bronić młodsze rodzeństwo. Psychiatra zaproponował mi branie lekarstwa, ale nie zgodziłam się, bo byłam bardzo szczęśliwa. Sylwia zaczęła żyć w izolacji. Całe dnie spędzała w łóżku. Pozrywała wszystkie znajomości. Po jakimś czasie wizje ustały, przez pół roku życie toczyło się w miarę normalnie, potem znowu urojenia wróciły. Szpital, silne leki. - W szpitalu głosy umilkły. Anioły powiedziały mi, że muszą mnie opuścić, pożegnały się ze mną. Powoli zaczęło do mnie docierać, że to choroba. Ale bardzo brakowało mi tych odczuć, uzależniłam się od swoich urojeń - tłumaczy. Nie chciała brać lekarstw. Choroba wróciła. Sylwii wydawało się, że zna wszystkie języki świata. Kiedy włączała radio czy telewizor, wydawało jej się, że o niej śpiewają, mówią. - Bóg pokazywał mi niebo i piekło. Anioły były moimi przewodnikami. Malowałam, kiedy kończyłam obraz, postacie namalowane przeze mnie, mówiły, że są demonami. Zaczęłam fizycznie źle się czuć, więc znowu zaczęłam brać lekarstwa - opowiada. - Dziś mam świadomość mojej choroby, wiem, że ten cały świat był tylko iluzją. Trochę przystosowałam się do życia bez choroby. Zaczęłam spotykać się z ludźmi. Nawet pracę znalazłam w Dafo plastics. Jestem niezmiernie wdzięczna szefostwu - pani Zofii i Andrzejowi Daczyńskim. Mimo że wiedzieli o mojej chorobie, przyjęli mnie. Nie wszyscy mają takie szczęście - podkreśla. - Byli jednymi z pierwszych, którzy wyciągnęli do mnie rękę. Z kolei Maciek Kudasik odkrył mnie jako artystkę, on pomógł mi zetknąć się z publicznością - opowiada. - Zażywam lekarstwa, choć nie ukrywam, że bardzo brakuje mi dawnych rozmów z Bogiem. Brakuje mi też dawnych urojeń wielkościowych - wydawało mi się, że jestem autorem "Zbrodni i kary", że steruję pogodą, że uzdrawiam dotykiem. Wiem, że to była iluzja, ale tęsknię za tym. - Już od pół roku żyję bez wizji - mówi. - Nie mam wielkich planów życiowych. Po prostu muszę sobie poradzić z samą sobą. Potem może pomyślę o zdaniu matury, studiach na psychologii, zrobię coś ze swoją twórczością - wymienia. Potrafię żyć z tą chorobą Jeśli pogotowie zabiera człowieka z zawałem - ludzie mu współczują, kiedy schizofrenik jedzie do szpitala, ludzie co najwyżej patrzą z ciekawością, a przecież to taka choroba jak inne - twierdzi Teresa W.* z Orawy. - Nauczyłam się żyć ze schizofrenią - twierdzi Teresa. - Rozumiem tę chorobę i potrafię sobie z nią radzić. Początki były jednak ciężkie. I niewiedza najbliższych bardzo przykra. Otoczenie traktowało mnie jak czubka. Było mi bardzo przykro. Sąsiedzi przychodzili mnie oglądać. Jedna z sąsiadek namawiała mamę, żeby wypisała mnie ze szpitala. Słyszałam, jak kuzynka mówi mamie, że jej współczuje, że ma córkę wariatkę - mnie nie żałowała - wspomina Teresa. - Teraz ta kuzynka przeprosiła mnie już, czasem korzysta z mojej pomocy, nie traktuje mnie jak czubka - dodaje. - Moja choroba zaczęła się w 1994 roku, miałam wtedy 24 lata - zaczyna swoją opowieść. Wcześniej Teresa toczyła zwyczajne życie. Pracowała jako pomoc kuchenna, miała chłopaka, przyjaciół. Choroba wszystko zmieniła. - Wszystko nagle straciło sens. Na początku wyglądało to jak depresja. Nie jadłam, nigdzie nie wychodziłam, bałam się ludzi. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Mama zaczęła się o mnie niepokoić, trafiłam do przychodni zdrowia psychicznego - opowiada. - Zaczęłam mieć myśli samobójcze. Jakieś głosy podpowiadały mi, co mam zrobić. Mimo lekarstw czułam się coraz gorzej - twierdzi. Teresa jest po trzech próbach samobójczych. - Żyłam w innym świecie, wciąż słyszałam głosy. Znajomi się ode mnie odwrócili, nawet rodzina. Przypięto mi etykietkę "czubka", to było przykre. - Kładłam się wieczorem spać niczego się nie spodziewając, a rano nie byłam już w stanie wstać. Nic nie jadłam. Po 2-3 dniach zaczynały się lęki przed ludźmi - wydawało mi się, że na mnie patrzą, że wszyscy interesują się moją chorobą. Nie potrafiłam wyjść nawet na podwórko. Bałam się. Miałam też urojenia katastroficzne. Na przykład jak byłam w szpitalu, wydawało mi się, że coś się stało mamie, że umiera - opowiada. - Na prostą zaczęłam wychodzić dopiero w 1996 roku, po 3-miesięcznym pobycie w szpitalu. Teraz radzę sobie z chorobą. Pomogły mi leki i rozmowy z psychologiem. Teraz, jak tylko widzę, że coś zaczyna się ze mną dziać, telefonuje do lekarza prowadzącego - opowiada. - Jak rano nie mogę wstać, robię to na siłę, bo wiem, co będzie się działo dalej. Jednak nadal czuję lęk, kładąc się wieczorem do łóżka, bo nie wiem, w jakim stanie wstanę rano. Teresa bardzo chwali sobie udział w grupach wsparcia. Na spotkania jeździ co dwa tygodnie. - Nie czuję się tak samotna, spotykam ludzi z takimi dolegliwościami, jak moje. Rozmawiamy, pomagamy sobie nawzajem, jeździmy na wycieczki, mieliśmy wspólnego sylwestra - wymienia. - Dziś już wiem, że można z tą chorobą normalnie funkcjonować, trzeba jedynie regularnie brać leki. Bywa jednak, że wewnętrznie się buntuję, pytam: dlaczego ja? Zawsze byłam bardzo religijna. Bywa, że mam żal do Boga za to, co mnie spotkało. Przed chorobą miałam tyle planów. Chciałam wyjechać tak jak moje koleżanki za granicę, zmienić zawód, chciałam wyjść za mąż - wspomina. - Moje koleżanki pozakładały rodziny, mają dzieci - Teresa na chwilę urywa. - Dziś moje marzenia są zupełnie inne. Chciałabym, żeby otoczenie zmieniło stosunek do ludzi psychicznie chorych, żeby traktowano nas inaczej - nie jak podludzi, pionki. Jestem wrażliwa, zdolna, świetnie gotuję, nie uważam się za kogoś gorszego. Uważam, że mogłabym pracować. Kiedyś z koleżankami poszłyśmy do jednego z zakładów. Miałyśmy szyć. Nie powiedziałyśmy, że chorujemy na schizofrenię. Ale jedna z koleżanek wygadała, że mamy nerwicę i pracodawca od razu nam podziękował - opowiada. - Marzę też, żeby nie mieć już nawrotów choroby, żeby kiedyś przestać zażywać tabletki, żeby ludzie się ode mnie nie odwracali. Bałam się - Błagałam mamę, że kiedy zauważy u mnie pierwsze niepokojące objawy, żeby dzwoniła po pogotowie. Wiedziałam, że z tego sama nie wyjdę. Najbliżsi jednak woleli moją chorobę trzymać w tajemnicy, ukrywać mnie w domu - wspomina Anna K.*, mieszkanka małej miejscowości na Podhalu. Kiedy zaczęła chorować, miała 33 lata; męża, troje dzieci, w miarę poukładane życie. Choroba przyszła nagle. - Pewnego dnia zaczęło wydawać mi się, że obsiadają mnie diabły, kopały mnie, szczypały, ja to czułam fizycznie. Zaczęłam się bać własnych dzieci, wydawało mi się, że chcą mnie zabić. Sąsiadce nagadałam, że moja teściowa umiera. Pobiegłam do księdza. Ksiądz powiedział mężowi o moim dziwnym zachowaniu, trafiłam do ośrodka, potem do przychodni - opowiada o pierwszym dniu choroby. Dostała lekarstwa, ale zażywała je tylko przez kilka dni. - Po dziesięciu dniach nałykałam się prochów. Mąż pił. Kiedy wróciłam do domu, był pijany, bałam się go, dlatego chciałam umrzeć - opowiada. Dziwne stany wracały: - Raz wydawało mi się, że bez przerwy stukają klapki w pułapkach na myszy, to było nie do wytrzymania. Innym razem bałam się moich dzieci, wydawało mi się, że chcą wiertarką wywiercić mi dziurę w głowie. Panicznie bałam się też zwierząt, a musiałam pracować na gospodarce. Bałam się konia, świń, krów, nawet kur, że mnie zadziobią - opowiada przywołując obrazy sprzed kilku lat. - Czasem miałam wrażenie, że goni mnie diabeł, że chce mnie zgwałcić, że wyrywa mi wnętrzności. Te urojenia były straszne, nie do opisania - twierdzi. W 1999 roku, trzy lata od pierwszych urojeń, wraz z dziećmi przeniosła się do swojej mamy. Anna zaczęła być agresywna, wypędzała matkę z domu, wzywała policję, pisała też donosy na siebie. - Wiedziałam już, że kiedy jestem w takim stanie, sama z niego nie wyjdę. Błagałam mamę, że kiedy zauważy u mnie pierwsze niepokojące objawy, żeby telefonowała po pogotowie. Mama tego nie mogła zrozumieć, trzymała mnie w domu, chyba wstydziła się. Uważała, że lekarstwa szkodzą mi jeszcze bardziej, bała się też moich wizyt w szpitalu. Może myślała, że zrobią ze mnie jeszcze gorszego wariata - przypuszcza Anna. - Mąż też się mnie wstydził, nazywał mnie wariatką. To było bardzo przykre - przyznaje. - Więcej zrozumienia miałam od sąsiadów, znajomych - nie śmiali się, raczej współczuli. Do męża wróciła, kiedy zabrał jej dzieci. Znowu były awantury, alkohol. Anna trafiła do szpitala po kolejnej próbie samobójczej. Winiła za wszystko siebie, była przekonana, że jest zła. Przez chorobę Anna straciła dzieci. Od grudnia ubiegłego roku są w ośrodku prowadzonym przez siostry zakonne. Anna wierzy, że je odzyska, musi jednak wcześniej uporać się z chorobą. - Cieszę się, że są pod dobrą opieką. Przedtem było różnie - jak mąż pił, chodziły głodne, w domu było zimno, teraz jestem o nie spokojna. Odwiedzam je - opowiada. - Wiem, że jedyna szansa dla mnie na normalne funkcjonowanie, to branie lekarstw. Kiedy przerywam zażywanie - choroba wraca - mówi. - Dziś już wiem, że ze schizofrenią można sobie radzić. Z początku nie godziłam się z tą chorobą. Dużo jednak przeczytałam o schizofrenii, wiem, że z tym da się żyć - przekonuje. - Na początku o wszystko obwiniałam siebie. Teraz wiem, że moje małżeństwo nie ja zniszczyłam, ale mąż i alkohol - mówi z przekonaniem. - Czuję straszną pustkę, tęsknię za dziećmi, ale jestem dobrej myśli. Remontuję u mamy mieszkanie. Będziemy tam mieli dwa pokoje z łazienką. Mam rentę. Chcę dziećmi zajmować się samodzielnie. Wierzę, że w przyszłe wakacje będę już
Murzasichle aktualności
| aktualności, archiwum

|