| |
[06-02-2004 ] 365 dni później.
Ekspercie, uważaj. Lawina nie wie, że jesteś ekspertem. Ta maksyma potwierdziła się kolejny raz. W środę 28 stycznia - dokładnie rok po tragedii pod Rysami - czwórka grotołazów zginęła w lawinie. Tym razem byli to doświadczeni taternicy. Ujadanie psów odbija się echem od zimnych, kamiennych ścian. Kilkanaście godzin wcześniej lawina porwała czworo ludzi. Nie ma szans - psy szukają trupów. Dolina Miętusia jest spokojna, wiatr nie przeszkadza. Przed nami na śniegu ślady butów i nart - pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego szli pomagać ratownikom. Nad nami, w Małej Świstówce, pracuje 60 osób i 14 psów. Zbigniew Krzan, zastępca dyrektora TPN, dołączy do nich za chwilę. Teraz patrzy przed siebie, na ostre podejście. Drobne, ciemne postacie gramolą się w górę gęsiego. Kilka tygodni wcześniej TOPR przeszkolił parkowców. Pokazał, jak sondować śnieg i kopać. Każdy z nich przyczepił na piersi "pips", detektor, który może pomóc w razie zasypania przez lawinę - bo na pracujących ratowników także mogą runąć tony śniegu. Posiadanie detektora to bezwzględny nakaz - jeśli ktoś go zapomni, nie będzie mógł pomóc na lawinisku, a tylko biernie przyglądać się z bezpiecznej odległości. - Jest godz. 23., środa 28 stycznia. W centrali TOPR dzwoni telefon. Grotołaz informuje, że czworo jego przyjaciół rano wyszło przedeptać ścieżkę do Jaskini Malej w Dolince Mułowej. Mieli wrócić około 20. W zeszycie zapisali godzinę alarmową na 22. Nie ma ich do tej pory. Dudnią silniki śmigłowca. Po chwili żółta maszyna Lotniczego Pogotowia Ratunkowego powoli przesuwa się nad naszymi głowami. Piloci widzą lawinisko, my, zaplątani w gąszcz świerkowego młodnika, nadal słyszymy jedynie szczekanie psów. Trzeba zdjąć foki. Stok jest zbyt stromy. Wystają korzenie. Powalone pnie przecinają ścieżkę. Mieli dwa telefony komórkowe. Oba nie odpowiadają. Zaczęliśmy się zastanawiać - może zbyt długo przydeptywali szlak i postanowili biwakować? Może są w miejscu, gdzie nie ma zasięgu, może wyczerpały się baterie? A jeśli lawina? Dziesiątki małych, czerwonych chorągiewek, wbitych w zbrylony śnieg. Tuż przy ścieżce, tyłem do niej, ustawiają się parkowcy. Jeden przy drugim. Na kurtki naciągnęli numery. 70 stoi między 29, a 37. Z lewej, między drzewami, czerwono od ratowników. Wyżej Słowacy z psami przeszukują lawinisko. Wydaje się, że panuje chaos, w rzeczywistości każdy człowiek zna swoje zadanie. Wszyscy meldują się Witoldowi Cikowskiemu, ratownikowi, który zapisuje numery każdego, kto wyszedł i każdego, kto wrócił. Prosimy telefonującego grotołaza, by wyszedł naprzeciwko kolegom. Może schodzą w tej chwili do Kościeliskiej? Około 1. w nocy informuje, że nie napotkał nikogo i nie widzi żadnych świateł. Pierwsi ratownicy docierają na miejsce po godz. 7. Ze śmigłowca widzą lawinę, która spadła do Małej Świstówki. Z niewielkiej wysokości dostrzegają ślady wyprowadzające z lawiniska w dół, do Doliny Miętusiej. Jest jeszcze nadzieja, że grotołazom nic się nie stało, że zjechali z lawiną i poszli dalej. Jednak kiedy śmigłowiec zostawia ich na ziemi, zauważają postać w śniegu. Głowa mężczyzny wystaje ponad pokrywę. Człowiek nie żyje, wykrwawił się z rany na udzie. Lawinisko ma pół kilometra długości. Szerokość dochodzi do 60 m. Toprowcy odnajdują porozrzucane plecaki i inne rzeczy. Śmigłowiec dowozi kolejnych ludzi i psy. Nie wiadomo, do kogo należą ślady na śniegu. Inna grupa ratowników sprawdza czy grotołazi nie zeszli przypadkiem inna trasą. Nikogo nie napotykają. Potrzebnych jest sporo ludzi do sondowania i przekopywania. W niektórych miejscach 3-metrowa sonda nie dostaje do podłoża. Dociera do nas okrutna prawda - zginęło czworo grotołazów. Ciało w czarnym worku z zamkiem błyskawicznym złożono w toboganie. Psy okrutnie szczerzą kły i dziko rzucają się do walki. Ratownicy siłą je rozdzielają. Patrzymy na lawinisko, gdy ratownik Horskiej Służby woła i daje znaki ręką. Pies coś wyczuł. Z początku dwie osoby, ale z sekundy na sekundę przy Słowaku gromadzi się coraz więcej ludzi. Jeden kopie łopatą na klęczkach. Ciemny kształt i pokryta cienkim lodem twarz z zamkniętymi oczami. Następnego dnia na fotografii w gazecie rodzice rozpoznają swoją córkę. O 13.30 pies Wero wskazuje miejsce, a po chwili ratownicy odkopują ciało. Piętnaście minut później natrafiają na kolejną ofiarę. O 14.10 słowacki pies odnajduje miejsce, gdzie pod śniegiem leży czwarta zasypana osoba. Wszyscy odnalezieni. Wieczorem, o 18.15, wszyscy ratownicy są już w centrali. Wiedzą, że masy śniegu wraz z grotołazami pomknęły w dół przez skalne progi i wąski żleb, by po mniej więcej 1000 metrów zatrzymać się na przełamaniu progu Małej Świstówki. Nie ma świadków wypadku. Ostatni raz grotołazi rozmawiali z czwórką kolegów tuż po godzinie 10. w środę 28 stycznia. Lawina porwała ich chwilę później. Dokładnie 365 dni po wypadku pod Rysami. Wtedy zginęli młodzi ludzie z Tych. Teraz Anna, Magdalena, Daniel i Piotr - doświadczeni grotołazi z Sądeckiego Klubu Taternictwa Jaskiniowego PTTK "Beskid". Wśród nich odkrywcy największej podziemnej sali w Tatrach - w Jaskini Małej, do której w środę przecierali szlak.
Murzasichle aktualności
| aktualności, archiwum

|