| |
[07-05-2004 ] Czynsz zwany haraczem
Podwójne czynsze - inne na umowie, inne w praktyce - to na Krupówkach praktyka dość częsta. Sprawa Marii Gliwy jest jednak szczególnie bulwersująca. Właścicielem, którego oskarża o zaniżanie wysokości czynszu na umowie, jest pracownik skarbówki. Ten zaprzecza i nazywa rozdmuchanie całej sprawy spiskiem. Sprawę bada Urząd Kontroli Skarbowej w Katowicach. - Czynsze większe niż na umowie? To tu wokoło normalka - przekonuje jedna z kobiet, która przy Krupówkach ma sklep - Właściciele lokali sami oszukują i nas w to wciągają, zmuszając do oszustwa - twierdzi. - Ja płaciłam za wynajem 4 tys. zł, a na papierze miałam 150 zł. Musiałam sklep zamknąć, bo nie wyrabiałam. Właścicielka lokalu była tak naiwna, że pobierając pieniądze od mojej pracownicy, dawała jej pokwitowanie na te 4 tys. zł. Nie wykorzystałam tego nigdy, bo i bez tego człowiek ma dość kłopotów - tłumaczy. Ale trzymam ten świstek dodaje. Twierdzi, że sąsiednie sklepy także płaciły inne sumy, niż te na umowie. - Nikt się nie buntuje, bo ludziom zależy na dobrym miejscu i spokoju - wyjaśnia. - Za większy lokal trzeba na Krupówkach zapłacić 10-12 tys. zł, za średni czynsz wynosi ok. 7 tys. zł, mały, taki jak mój - to ok. 4 tys. zł. Tyle ludzie faktycznie płacą, a proszę popatrzyć na umowy - jakie tam są kwoty - dodaje. Praktykę podwójnych czynszów potwierdza też jeden z zakopiańskich księgarzy: - Chciałem wynająć lokal na Dolnych Krupówkach. Właściciel chciał ode mnie 7 tys. zł czynszu, od razu zastrzegł, że na umowie będzie kwota 3,5 tys. zł. Nie zgodziłem się Wynająłem lokal w pasażu, u pana Curusia. Tu każdy płaci tyle, ile na umowie - opowiada. Kasa z kasy Maria Gliwa jest jedną z nielicznych, która postanowiła proceder podwójnych czynszów ujawnić. Nie boi się o tym mówić, jako jedyna zgadza się na ujawnienie swojego nazwiska. W listopadzie 1995 roku znalazła na Krupówkach lokal pod zakład fryzjerski, czynsz został ustalony na 1200 zł. Umowę najmu podpisała w lutym 1996 roku i jak podkreśla, ze zdziwieniem odkryła, że na dokumencie kwota czynszu opiewała na 200 zł. - Zaskoczyło mnie to, bo właściciel lokalu - Włodzimierz S. jest pracownikiem urzędu skarbowego - tłumaczy. Według jej relacji 1 stycznia 1997 r. właściciel podniósł czynsz na 1600 zł, na umowie kwota wzrosła do 600 zł, rok później - po kolejnej podwyżce czynsz wynosił 2,5 tys. zł (na umowie - 1 tys. zł), w 1999 wzrósł do 3 tys. zł, na umowie pozostała ta sama kwota. Umowy za każdym razem podpisywane były na okres roku. Według relacji pani Gliwy, kłopoty zaczęły się, kiedy w 2000 roku stała się ona płatnikiem VAT. - Pan S. znowu chciał podnieść czynsz o 700 zł, po negocjacjach stanęło na kwocie 3,2 tys. zł. Kłopot w tym, że kiedy stałam się płatnikiem VAT, żeby zapłacić panu S. różnicę wynikającą z faktycznej kwoty czynszu i tej na umowie, musiałam zaniżać dochody, nie wbijając wszystkich usług na kasę fiskalną - opowiada. - Pan S. powiedział mi, że nie będzie mnie uczył, jak mam to robić. Poradził, żebym nie wbijała znajomych - dodaje. Według niej, konflikty z właścicielem zaczęły się, kiedy zaczęły rosnąć zaległości. W kwietniu Maria Gliwa zalegała właścicielowi 2650 zł. - Uzgodniliśmy, że opuszczę lokal do końca kwietnia, Pan S. dał nawet wywieszkę o lokalu do wynajęcia. Ponieważ nikt się nie zgłosił, kazał mi otworzyć jeszcze zakład na weekend majowy. Powiedział, żebym zdjęła kasę i zarobione pieniądze oddała w poczet zaległości. Zarobiłam przez te dni 600 zł - opowiada ze szczegółami. Po weekendzie małżeństwo właścicieli przyszło i zaproponowało, że przedłużą jej okres do końca maja, miała codziennie z utargu dawać im 150 zł. Ponieważ nie było chętnych na jej miejsce, pan S. pozwolił jeszcze na pozostanie przez czerwiec. Z tego okresu pochodzi karteczka z wyliczeniami spłaty - pisana według Marii Gliwy - ręką właściciela. To jeden z jej dowodów, który ma świadczyć o tym, jaki czynsz płaciła faktycznie. Rada adwokata W czerwcu - z powodu prac związanych z geotermią - musiała zamknąć zakład na 5 dni, ma żal, że właściciele nie odliczyli jej ani złotówki za czynsz w tym czasie. W tym samym miesiącu dowiedziała się, że ma opuścić lokal, bo państwo S. znaleźli nowego najemcę. Maria Gliwa poszła do adwokata. Ten poradził jej, żeby płaciła kwotę, taką jak na umowie. Powiedział też, że ma prawo zajmować lokal do końca roku. - Kiedy pan S. przyszedł, nakazując opuszczenie lokalu, powiedziałam mu, że zgodnie z umową zostanę tu do końca roku. Jeśli cokolwiek zrobi, pójdę do jego przełożonego w skarbówce. Od jego żony usłyszałam, że jestem oszust i naciągacz. Ponieważ zapowiedzieli, że nie będą przyjmować ode mnie pieniędzy, wysyłałam im pocztą - opowiada. - Zaczęła się wojna, awantury w obecności pracowników, remonty i napisy przed zakładem: teren budowlany, żeby klienci przestali chodzić. Awantury się skończyły, kiedy zgłosiłam całą sprawę do naczelnika skarbówki, on z kolei kierował mnie do Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego - relacjonuje. Maria Gliwa przekazała ABW kartkę z wyliczeniami Włodzimierza S., a także kasetę video, na której w lipcu 2003 roku potajemnie nagrała rozmowę z nim. Na kasecie słychać rozmowę z panem S. Maria G. mówi, że 3,2 tys. zł to kwota stanowczo za duża, na co właściciel odpowiada: Jeśli znajdzie pani tańszy lokal, to proszę. Z kolei mąż Marii Gliwy mówi, że to haracz, a nie czynsz, na co właściciel nie reaguje. ABW sprawą się nie zajęło, przekazało ją do Urzędu Kontroli Skarbowej w Katowicach. Tam też trafiła kaseta. Kontrola Włodzimierza S. przez katowicki UKS ciągle jeszcze trwa. Jednocześnie zaczęła się też kontrola w zakładzie Marii Gliwy, prowadził ją krakowski UKS. Haracz najemcy - Kontrola się już zakończyła. Musiałam się przyznać do kwot nie wbitych na kasę, dzięki czemu mogław państwu S. wypłacać różnicę pomiędzy cznszem faktycznym, a tym na umowie. Do zapłacenia mam ok. 10 tys. zł. To jest VAT od kwoty nie rejestrowanej w kasie fiskalnej przez 2 lata. Liczę jednak, że UKS umorzy mi spłatę tej kwoty. Przecież to urzędnik skarbówki wymuszał na mnie te pieniądze. Nie wiem, dlaczego ta kontrola u niego tak długo trwa - mówi. - Dlatego te sprawy nie wychodzą. Ludzie boją się przyznać, że płacą wyższe czynsze niż na umowie, bo to oni w pierwszej kolejności narażeni są, że zostaną za to ukarani - tłumaczy strach przed ujawnianiem tego typu oszustw. - W sumie w ciągu tych wszystkich lat zapłaciłam panu S. haracz w wysokości 160 tys. zł, to jest kwota nadpłacona nad to, co w umowie. Tyle dostawał na czysto, bez płacenia podatku, a to ja musiałam się narażać, nie wbijając na kasę. Teraz ja mam zapłacić 9 tys. zł, a on dalej pracuje w skarbówce. Toczy się wprawdzie postępowanie przeciwko niemu w UKS, ale jak się zakończy - nie wiem. Dostarczyłam dowody - kasetę z nagraną rozmową i kartkę z jego wyliczeniami. Gołym okiem widać, że to pismo S., ale może to potwierdzić grafolog. Także to, że kaseta jest oryginalna, jest do sprawdzenia. Nie wiem, dlaczego UKS do tej pory tego nie zrobił - Maria Gliwa nie ukrywa irytacji. Spisek, zemsta, idiotyzmy Włodzimierz S. nie chciał rozmawiać z dziennikarzem Tygodnika Podhalańskiego. - Proszę mnie nie nachodzić w pracy - usłyszeliśmy w słuchawce. - To oszuści, kanalie, którzy przyjechali do Zakopanego i zachowują się w sposób nieprzyzwoity i niehonorowy - powiedział o osobach, którym od 1996 roku wynajmował lokal. - Niech pani robi po swojemu, konsekwencje będą w jego głosie wyraźnie zabrzmiało ostrzeżenie. Po kilku dniach do redakcji zadzwoniła jego żona Elżbieta S., która jednak zdecydowała się na rozmowę z dziennikarzem. - To wszystko nieprawda - przekonywała. - To ewidentnie sprawa nakręcona, żeby zwolnić męża z urzędu. O mnie nigdzie słowa nie ma, choć jestem współwłaścicielem, bo ja pracuję w prywatnej firmie - przekonuje. - Dlaczego pani Gliwa przez 7 lat siedziała cicho, przecież umowy były na rok? - pytała. Przekonywała, że kaseta nie jest oryginalna, że są na niej przerwy. O tym, że nie było dwóch kwot czynszu, ma świadczyć pismo Marii Gliwy z 4 sierpnia 2003 roku, kiedy już kwoty wpływały pocztą, z prośbą o obniżenie czynszu. Gdyby był jakiś podwójny czynsz, po co prosiłaby o obniżke? pyta. Elżbieta S. stanowczo powtarza, że płacona była taka kwota, jak na umowie: - To nie był czynsz zaniżony, przecież ten lokal jest z boku, jest nieogrzewany, z podłogą drewnianą. Nie było za co więcej płacić. Na koniec pani S. daje do przeczytania wyjaśnienia, jakie jej mąż złożył dla UKS-u w Katowicach. Czytamy w nim, że to spisek uknuty przeciwko jego osobie. Zemsta za to, że zaczął się upominać o długi i chciał rozwiązać umowę. Państwa Gliwów nazywa osobami niezrównoważonymi i konfliktowymi, zaś oskarżenie o to, że kazał im odłączyć kasę fiskalną - idiotyzmem. Twierdzi, że ich zeznania są fałszywe, że to pomówienia. Tajemnica skarbowa Marian Krawczyk, wicedyrektor UKS w Katowicach, potwierdza, że jego urząd prowadzi kontrolę dotyczącą Włodzimierza S. Odmawia jednak jakichkolwiek szczegółów na ten temat, zasłaniając się tajemnicą skarbową. Niechętnie na ten temat mówi także przełożony Włodzimierza S. - naczelnik zakopiańskiej skarbówki - Jacek Obidowski: - Nic nie wiem na temat udowodnienia w tej sprawie. Będą dowody, będzie wszczęte określone postępowanie dyscyplinarne, na razie nie ma do tego podstaw. Podkreśla, że Włodzimierz S. jest pracownikiem mianowanym, że wykonuje swoje obowiązki dobrze. Abstrahując już od tego konkretnego przypadku, ubolewa, że kary za tego typu oszustwa skarbowe są bardzo niskie, osoby nie trafiają nawet do rejestru skazanych, problemu nie wyczuwają prokuratury i sądy. UKS w Katowicach nie zakończył postępowania. Nie nam więc wyrokować. Faktem jest, że oszustwa na kasach fiskalnych, praktyka podwójnych czynszów - są tak powszechne, że przez społeczeństwo nie traktowane są nawet jako występek. Oszustwa, na których traci skarb państwa, a więc każdy z nas - tak naprawdę nikogo nie bulwersują. Ożywiamy się nieco, kiedy docierają do nas pogłoski, np. że oszukuje w ten sposób urzędnik skarbowy. Tymczasem przemilczając takie sprawy, współuczestnicząc w nich przez godzenie się na takie oszustwa, tak naprawdę stajemy się współsprawcami.
Murzasichle aktualności
| aktualności, archiwum

|