| |
[17-10-2003 ] Do Ameryki na piechotę.
Szedł trzy dni przez pustynię bez jedzenia i odpoczynku. Góry pokonywał na czworakach. Dziś jest już w USA. Za osiem miesięcy spłaci przeprawę, potem będzie pracował na swoje konto. Mogli go zastrzelić, mógł spaść do przepaści, trafić do więzienia. Kilka razy igrał ze śmiercią. Może gdyby wcześniej wiedział, jak będzie wyglądała jego przeprawa przez Meksyk, nie zdecydowałby się. Na pewno inaczej by się do niej przygotował. Nie chce o tym myśleć. Siedzi w wygodnym fotelu, popija whisky z lodem, przed domem stoi jego samochód. Wydarzenia sprzed kilku miesięcy wydają się dziś odległe. Adam jest w USA czwarty raz, wcześniej udawało się legalnie. Potem była pierwsza deportacja, wyjazd na cudzy paszport, wpadka w Austrii: - Próbowałem na "przeklejkę", czyli zmienione zdjęcie w kupionym paszporcie z oryginalną wizą - zaczyna swoją opowieść. - Na Podhalu jest kilku pośredników, wiedziałem, u kogo można załatwić wyjazd. Szef jest z Opola. Powiedział, że nie ma problemu, dałem 1 tys. dolarów zaliczki, resztę - 7,5 tys. - miałem zapłacić po przylocie na miejsce. Za dwa tygodnie miałem lecieć - przez Austrię albo przez Francję - opowiada. - Nie wyleciałem w planowanym terminie, ale dowiedziałem się, na kogo lecę - dostałem dokładne dane tego chłopaka - imię, nazwisko, adres, imiona rodziców, datę urodzenia. Miałem się tego nauczyć na pamięć. Dostałem też jego zdjęcie, żebym się do niego upodobnił. Dwa tygodnie później Adam wyruszył w podróż. Dostał bilet lotniczy i paszport "z przeklejką". Według wstępnych ustaleń miał być odwieziony do Austrii przez pośrednika. W ostatniej chwili dowiedział się, że musi tam dotrzeć sam, autobusem. W Wiedniu miał być odebrany przez umówionego człowieka. Wpadka w Wiedniu W stolicy Austrii jego przewodnicy spóźnili się dwie godziny. Odwieźli go na lotnisko. Przeszedł przeprawę, wydawało się, że droga do Ameryki stoi otworem. - Wchodziłem już do rękawa w samolocie, kiedy podeszło do mnie dwóch policjantów, zabrali mnie do komisariatu na lotnisku, wzięli paszport pod fioletową lampę i powiedzieli, że to nie mój dokument. Okazało się, że na kamerze mają facetów, z którymi przyszedłem. Musieli wcześniej wiedzieć, czym się zajmują, dlatego mnie przytrzymali - twierdzi Adam. - Kiedy zapytali, skąd mam paszport, powiedziałem, że kupiłem na giełdzie samochodowej. Pytali o facetów, z którymi przyszedłem, o pensjonaty w Nowym Targu - to dlatego, że w jednym z nich można załatwić wyjazd do USA - tłumaczy. Adam spędził w areszcie prawie całą dobę, przez ten czas nie dostał nic do jedzenia. Po zapłaceniu 850 dolarów został zwolniony. Do Ameryki na piechotę dokończenie ze str. 1 Wrócił do Polski. - Już na Podhalu zgłosiłem się do organizatora mojej wyprawy. Zaproponował mi jeszcze jedną próbę, ale się nie zgodziłem. Zwrócił mi część zaliczki - opowiada. Przez Meksyk Postanowił spróbować u innego "organizatora". - Facet jest z Białegostoku albo z Warszawy. Nie wiem, bo dzwoniłem na komórkę. Nie znałem go, ale gdy powiedziałem, o co chodzi, od razu przystąpił do rzeczy. Powiedział, że ma wtyki w ambasadzie, że mogę jechać legalnie, jeśli jestem "czysty", a jeśli nie - to przez Meksyk. Wybrałem drugą ewentualność. Miałem lecieć za dwa tygodnie - opowiada. - W Meksyku mieliśmy być przewiezieni przez granicę samochodem, na nogach mieliśmy przejść tylko cztery mile. Rzeczywistość okazała się inna. Zapłacić miał po dotarciu do USA. W sumie podróż kosztowała go 7 tys. dolarów, w tym 1 tys. - to bilet do Meksyku. - Od Warszawy jechał z nami organizator. Oprócz mnie jechały jeszcze trzy osoby. Poznaliśmy się na Okęciu - opowiada Adam. - Mieliśmy dotrzeć do Mexico City, tam kupić bilet do kolejnego miasteczka, jak nam powiedziano - najlepiej na ostatni lot, bo wtedy nie ma żołnierzy. Jeśli będą, mieliśmy im dać po 50 dolarów łapówki - relacjonuje. - Nasz organizator leciał z nami. Gdy wypełniał w samolocie deklarację, zasłonił nazwisko, żebym nie widział. Ale zobaczyłem i zapamiętałem jego numer telefonu domowego i imię, nam podał inne. Wiedziałem też, że jeździ na dwa paszporty. Dowiózł nas do Mexico City i tu pożegnał - opowiada. Widmo pustyni - W stolicy Meksyku okazało się, że nie ma samolotu, więc wynajęliśmy taksówkę - za 1000 dolarów. Taksówkarz dojechał do pierwszego miasteczka i powiedział, że dalej nie pojedzie, bo jest zmęczony, poszliśmy na dworzec autobusowy, jechaliśmy non stop 36 godzin, aż dotarliśmy pod granicę - opowiada. Wynajęli hotel, umyli się, przespali. Tu odwiedził ich "kojot", czyli przewodnik, z którym mieli dotrzeć do USA. - Zapytał, czy mamy wodę. Zdziwiliśmy się, a on mówi, że pójdziemy przez pustynię przez trzy dni. Trochę się zdenerwowaliśmy. Ja miałem tylko buty kościółkowe, niewygodną torbę na ramię, nie byłem przygotowany do takiej wyprawy. Był też z nami facet pod sześćdziesiątkę i w dodatku cukrzyk. Nie było jednak wyjścia - wspomina Adam. Kojot przywiózł po dwa galeony wody dla każdego, kupił trochę konserw i ruszyli. Po 30 minutach marszu przekroczyli granicę, przeczołgali się przez drut kolczasty. Najgorsze było jednak przed nimi. - Szliśmy przez pustynię, wszędzie było mnóstwo kaktusów, w nocy było cholernie zimno, w dzień - upał. Musieliśmy uważać na helikoptery. Po pięciu godzinach marszu kojot wyrzucił całe jedzenie, bo było mu za ciężko. Rano o godz. 6. zdrzemnęliśmy się 20 minut, czekając aż się rozwidni. To był pierwszy odpoczynek. Okazało się, że czekaliśmy, aż zrobi się jasno, bo zaczynała się najcięższa część przeprawy - góry. Żeby nie spaść, szliśmy na czworakach. Przepaście były ogromne, a przejście wąskie. Gdyby któryś spadł, wyciągnęłyby go jedynie sępy - opowiada Adam. Kojot na haju Przeprawa przez góry trwała trzy godziny. Potem znowu droga wiodła przez pustynię. Wieczorem zaczęły się następne góry, ale już nie takie strome. Mężczyzna, który miał cukrzycę, zostawał co chwilę, męczył się. Bez badania cukru wstrzykiwał sobie insulinę. - W końcu w oddali zobaczyliśmy auto. Ucieszyliśmy się, że zaczyna się cywilizacja, ale kojot powiedział, że czeka nas jeszcze jeden dzień drogi. Byliśmy głodni i zmęczeni. Dotarliśmy do haigh way na Kalifornię, żeby przejść, musieliśmy przeczekać w ukryciu do wieczora. Tam spotkaliśmy wiele takich grup jak nasza, może z 50 osób - opowiada Adam. - Nasz kojot był dziwny, widać było, że bierze narkotyki. Po drodze opowiadał, że przeprowadza ludzi non stop, głównie z Boliwii, ale także dużo Polaków. Około godz. 2. w nocy dotarli do wioski indiańskiej. Przewodnik poszedł do wsi, żeby zadzwonić do amerykańskiego bossa i poinformować, gdzie są. - Noc spędziliśmy na jakimś złomowisku aut. Było bardzo zimno. Przestraszył nas tam osioł, który parsknął nad jednym z nas. Rano schowaliśmy się w lesie i cały dzień przespaliśmy. Nasz kojot poszedł po jedzenie, miał wrócić za dwie godziny, a przyszedł pod wieczór. Myśleliśmy, że nas zostawił. Nie wiedzieliśmy, co zrobić, już myśleliśmy, że po tym wszystkim trzeba się będzie oddać w ręce policji. Głód - W końcu przyszedł. Przyniósł chleb, chipsy, ser żółty i coś do picia. Nic w życiu nie smakowało mi tak, jak to jedzenie. Przez trzy dni nie miałem w ustach nic oprócz wody - wspomina Adam. - Wieczorem przyjechał po nas jeep. Jeden załadował się do bagażnika, reszta jechała normalnie. Po drodze spotkaliśmy samochód policyjny, który zaczął za nami jechać. Zanim nas dogonił, wyskoczyliśmy w pole kukurydzy. Znowu ok. 10 kilometrów szliśmy na piechotę, aż do najbliższej wioski indiańskiej. Stamtąd zabrał nas nasz jeep - opowiada. - Jechaliśmy przez góry serpentynami, kierowca pruł jak wariat - tylko czekaliśmy, kiedy wylądujemy w przepaści. Znowu postój, kierowca nas zostawił i pojechał na zwiady. Wrócił i wjechaliśmy na autostradę do Arizony. O 4. nad ranem dotarliśmy do hotelu, tu przyszedł do nas boss. Na drugi dzień przesłaliśmy pieniądze do Polski. Boss dostał po 2 tys. dolarów od każdego, Meksykanin, który nas przeprowadzał, po 100 dolarów. Z Arizony do Chicago cała czwórka dotarła autobusem. - Nie wiem, ile schudł, ale wyglądał okropnie - wspomina żona Adama, która czekała na niego w Chicago. - Dwa tygodnie dochodził do siebie - dodaje. - A co ja tu przeżyłam, czekając na niego, to szkoda mówić. Czekałam na telefon z więzienia. Bałam się, że go zastrzelą - opowiada kobieta. Miesiąc później Adam zaczął pracować. Sposób na Amerykę Niedługo po przylocie Adam zatelefonował pod zapamiętany z samolotu numer telefonu warszawskiego organizatora. Chciał pomóc kuzynce dostać się do USA. - Odebrała żona i powiedziała, że nikt taki tu nie mieszka. Potem podszedł on. Powiedział, że nie wie, o czym mówię, że mnie nie zna i żadnych wyjazdów do USA nie organizuje. Nie chciał już mi pomóc - opowiada Adam. - Nie szkodzi - dodaje szybko. - Na Podhalu jest wielu pośredników. - Ten, co załatwiał mi wyjazd przez Meksyk, już siedzi, ale jego ludzie dalej pracują. Zresztą jego szef jest w Opolu, to student - opowiada. - Najpierw mówią, że załatwiają legalny wyjazd. Podchodzą z człowiekiem do konsulatu, jak dostanie wizę, biorą pieniądze i na tym kończy się ich rola. Jak konsul odmówi, mówią, że się nie udało. Robią przeklejkę w paszporcie. Organizują też przemyt przez Meksyk, ale w większych grupach, kilkunastoosobowych, są bardziej pazerni na pieniądze - twierdzi Adam. - W Nowym Targu jest ktoś, kto załatwia pewne papiery, tak że się wizę dostaje raczej bez problemu. Jak ktoś ma niskie dochody, każą na przykład złożyć do urzędu skarbowego PIT, że się sprzedało obraz za 30 tys. zł i zapłacić od tego podatek. Albo załatwiają lewe papiery, że facet ma aptekę, dają swój numer telefonu, jak ktoś dzwoni z konsulatu i sprawdza, mówią, że to apteka - opowiada. Imię bohatera artykułu zostało zmienione.
Murzasichle aktualności
| aktualności, archiwum

|