| |
[29-10-2004 ] O śmierci
(...) Dzień Wszystkich Świętych, poprzedza Święto Zmarłych . Ten bezpośredni styk obydwu świąt jest dla nas wskazówką, że zachodzi jakiś głęboki związek między świętością i śmiercią. Spróbujmy zgłębić ten związek. Przede wszystkim zwróćmy uwagę na to, na co zwraca uwagę nie tylko duszpasterstwo współczesne, ale również współczesna filozofia, współczesna literatura. Na ucieczkę człowieka od śmierci. Mówi się o tej ucieczce dosyć powszechnie, ale szczególnie rzuca się ona w oczy duszpasterzom, zwłaszcza tym, którzy sprawują sakrament chorych. Człowiek nie tylko nie chce myśleć o śmierci, ale myśli o niej tak, jakby jej nie było. Myśleć o śmierci tak, jakby śmierci nie było, to nieustannie głuszyć w sobie jej ciche wołanie. Bo śmierć woła. Te metafory, mówiące o tym, że śmierć woła, są głęboko prawdziwe. Śmierć nie boli tak, jak boli rana, śmierć nie dręczy tak, jak dręczy choroba. Śmierć wzywa. Śmierć woła. Można to wołanie zagłuszyć krzykiem. Krzykiem, który stara się być głośniejszy, niż wołanie śmierci. Im bliżej jest śmierć, tym bardziej ludzie zagłuszają rozmaitymi hałasami jej ciche wołanie. Popatrzmy wokół siebie, przyjrzyjmy się ludziom, przyjrzyjmy się samym sobie. Widzę często ludzi, którzy robią na mnie takie wrażenie, jakby żyli z nierozwiązanym problemem własnej śmierci. Oto gdzieś jakaś staruszka gromadzi wokół siebie małe, niepotrzebne rzeczy. Mnóstwo butelek, słoików, jakichś wazoników na kwiaty, jakieś mydła, jakieś przechodzone buty, jakieś proszki do prania, jakiś papier, koperty listowe. Oto jej bogactwo. Otacza się tym bogactwem, jakby chciała zatrzymać życie, a nie kończyć. Jakby chciała przekonać śmierć, że jest tu jeszcze tyle do roboty. Tyle słoików do wypełnienia, tyle listów do napisania, tyle rzeczy do wyprania. Jakby na każdym z tych przedmiotów śmierć miała się potknąć i nie przyjść. Człowiek gromadzi wokół siebie swoje małe bogactwo, aby nim zatarasować drogę śmierci. Jakby w tych rzeczach leżał rachunek człowieka. A oto jeszcze gdzieś inna postać. Ta otoczyła siebie nie rzeczami, ale bólami, cierpieniami. Każda chwila jej życia jest cierpieniem. Cierpieniem głowy, cierpieniem ręki, cierpieniem serca, cierpieniem żołądka, cierpieniem z powodu rozstania, cierpieniem z powodu spotkania. W nocy przychodzą na nią sny, które są nieustannym powtarzaniem życia. Ale także te sny bolą, całe życie boli. Naprawdę jednak nie boli, bo jest w tych bólach jakiś fałsz, jakaś iluzja. Naprawdę boli coś innego. Bliskie wołanie śmierci. A tamte na wpół wymyślone bóle są tylko po to, ażeby zagłuszyć tamto wołanie. Ludzie się czasem znieczulają przez zagłuszanie. Można siebie zagłuszyć i wtedy nie czuje się tego, co jest istotne. W pokoju tych osób są zazwyczaj telewizory, programy idą od rana do wieczora. Telewizor staje się wielką ucieczką grzeszników, którzy grzeszą ślepotą na to, co woła. A jeśli nie ma telewizji, są jakieś inne sposoby zagłuszania siebie - niekończące się wizyty, niekończące się rozmowy o niczym, niekończące się przygotowania do czegoś, wspomnienia czegoś. Ucieczka od tego, co istotne. Ślepota na problem, który jest podstawowym problemem ludzkiego życia. Dzisiejsza nasza cywilizacja jest cywilizacją materialistyczną. Materiałem, którym usiłuje się zagłuszyć śmierć, są rzeczy, są przedmioty. Człowiek nie umie patrzeć w oczy śmierci, która także się zmaterializowała. Nie potrafi zrozumieć swojego własnego umierania. A nie pojmując umierania, nie potrafi także pojąc istotnego dramatu swojego życia. A w gruncie rzeczy nie można być człowiekiem, jeśli się nie rozwiązało problemu własnej śmierci. A co to znaczy rozwiązać problem własnej śmierci? Znaczy zaryzykować. Zaryzykować życie, aby wznieść się ponad śmierć. To powtarza się bardzo często. Człowiek, aby być sobą, musi spojrzeć w oczy swojej własnej śmierci. Musi wytrzymać to spojrzenie, Musi zdobyć się na jakąś formę pogardy dla śmierci. I w ten sposób musi się wznieść ponad śmierć. Musi nadać swojej śmierci sens i umrzeć własną śmiercią. Wszyscy umierają, ale nie każdy umiera własną śmiercią. Co to bliżej znaczy? Co znaczy zaryzykować życie? Co znaczy wznieść się ponad śmierć? Chyba znaczy to, żeby zrozumieć, iż śmierć nie jest największym złem człowieka. Niekiedy większym złem niż śmierć jest życie, życie w upodleniu. Życie bez czci. Życie bez wiary. I nie trzeba być koniecznie chrześcijaninem, aby o tym wiedzieć. Prawdy te tłumaczył kiedyś Sokrates swoim przeciwnikom: bo obawiać się śmierci, obywatele, to nic innego nie jest, jak tylko mieć się za mądrego, choć się nim nie jest. I na innym miejscu: w każdym niebezpieczeństwie jest wiele rożnych sposobów na to, żeby się śmierci wymigać, jeśli ktoś ma odwagę wszystko jedno co robić i mówić. Więc nie to jest rzecz trudna, obywatele, uniknąć śmierci, znacznie trudniej zbrodni, bo zbrodnia biegnie prędzej niż śmierć. Śmierć nie jest największym złem dla człowieka. Jest zło gorsze niż śmierć. Kto to rozumie, ten patrzy swojej własnej śmierci z godnością. Ale to jeszcze nie wszystko. Bo co to znaczy zaryzykować życie? Czy wejść w pojedynek, walkę, wojnę - nie. Zaryzykować życie to znaczy poświęcić życie. Ryzykuje śmierć ten, kto potrafi życie poświęcić. A poświęcić życie, znaczy być w życiu świadkiem spraw większych niż życie. Nie chodzi zatem o to, ażeby prowadzić ze śmiercią ryzykowną szermierkę, jaką prowadził średniowieczny rycerz, czy jaką prowadzi ten, który miłuje przepaście. Nie. Chodzi o to, aby być świadkiem, aby życie uczynić miejscem świadectwa, aby umieć życie poświęcić. Ryzyko życia i ryzyko śmierci to po prostu poświęcenie życia, służba, świadectwo od pierwszej godziny, aż do ostatniej godziny istnienia. Mądrość ludowa mówi: jakie życie, taka śmierć. Istotnie, śmierć jest owocem życia. Dlatego ten, który od młodości uczy się poświęcać życie, uczy się także umierać swoją własną śmiercią. Kto tego nie potrafi, umiera wcześniej, umiera zanim przyjdzie ostatnia godzina i wtedy okazuje się, że niszczy go materia, sama materia, w której złożył swoją nadzieję i z której budował swoje okopy przed śmiercią. Myślę, że jedną z tragedii naszych czasów jest to, że odebrały one sens ludzkiej starości. Tej jesieni ludzkiego życia. Kiedyś starość była godna, godna szacunku, bo była mądra. Starość skupiała w sobie mądrość życia. Młodzież otaczała starość, zasłuchana jak wokół Sokratesa, ucząc się od niej mądrości. Dziś młodość ucieka od starości i myślę, że nie jest to tylko wina samej młodości. Śmierć jest wielką nauczycielką życia i wielką nauczycielką człowieka. Ona i tylko ona uczy człowieka rozróżniania, co w życiu ważne, a co nieważne. Trzeba tylko jednego. Trzeba umieć popatrzeć w jej oczy i słuchać jej niezwykłych nauk. 1 listopada 1987 roku, kościół pw. św. Anny w Krakowie
Murzasichle aktualności
| aktualności, archiwum

|