| |
[13-01-2005 ] Tatry, rok 2004
Śmierć czwórki grotołazów, tajemnicze zaginięcie w górach narciarza. Tragedie i radość z uratowania czyjegoś życia. Ratownicy TOPR wyruszyli w 2004 roku na pomoc aż 1331 razy. W ciągu ostatnich kilku lat wzrasta liczba wypadków narciarskich, w 2004 toprowcy naliczyli ich ponad tysiąc. Tylko od 2002 liczba ta wzrosła dwukrotnie. Na drugim miejscu są wypadki turystyczne, których zdarzyło się w ubiegłym roku 214. Doszło również do 6 wypadków taternickich i 5 wypadków lawinowych. Spośród ratowanych osób 119 zostało zwiezionych z gór śmigłowcem. Do najtragiczniejszego wypadku doszło 28.01.2004 roku, kiedy to w wypadku lawinowym w Małej Świstówce zginęło 4 grotołazów z Nowosądeckiego Klubu Speleologicznego, którzy tego dnia szli do otworu Jaskini Małej. Dość długo nierozwikłaną zagadką było zaginięcie turysty-narciarza Arkadiusza M. z Kościana, który 13.05 wyszedł z Morskiego Oka na samotną wycieczkę narciarską w rejon Rysów i ślad po nim zaginął. Wielokrotne poszukiwania, prowadzone zarówno po polskiej, jak i słowackiej stronie, nie przynosiły żadnego rezultatu. Ratownicy nie mogli natrafić na żaden ślad. Na dodatek opady śniegu, okresami dość intensywne, nie ułatwiały zadania. Dopiero 3.06.2004 pod jednym z progów Żlebu Orłowskiego, poniżej Buli pod Rysami, natrafiono na zwłoki poszukiwanego narciarza. Wszystko wskazuje na to, że we mgle mężczyzna pomylił kierunki zjazdu. Powyżej Buli pod Rysami skręcił w kierunku ścian Niżnich Rysów, spadł do Żlebu, wbił się pod progiem w śnieżną zaspę, a padający śnieg i spadające tamtędy lawiny szybko przykryły miejsce tragedii. Dopiero ocieplenie, topnienie śniegu i otwarcie szczeliny brzeżnej pod progiem żlebu pozwoliły natrafić ratownikom na poszukiwanego. Do wypadku nie doszłoby, gdyby turysta posłuchał ratownika, który stanowczo odradzał mu samotną narciarską wycieczkę w takich warunkach. W 2004 roku ratownicy TOPR zwieźli, znieśli lub sprowadzili z gór 1331 osób, w tym 159 turystów zagranicznych, reszta to oczywiście Polacy. Toprowcy zorganizowali 114 wieloosobowych wypraw ratunkowych i 1168 akcji (działania ratownicze wymagające mniejszej liczby ratowników i sprzętu). Bezpośrednio na akcjach ratunkowych i wyprawach ratownicy spędzili 4435 godzin. W ciągu całego roku doszło do 16 wypadków śmiertelnych, 511 wypadków ciężkich, 30 ostrych zachorowań, 511 lżejszych kontuzji, ale z konieczną wizytą w szpitalu, 37 osób poszukiwano i sprowadzono z gór. Największymi szczęściarzami w minionym roku była chyba dwójka turystów, która została uratowana w Dolinie Waksmundzkiej. 12.03. dwoje młodych turystów wyruszyło na wycieczkę Orlą Percią. Po dojściu na Krzyżne postanowili granią Wołoszynów dojść w rejon Wodogrzmotów. Tego dnia w godzinach popołudniowych zaczął wiać silny wiatr. Około 22.30 turyści zadzwonili do TOPR z informacją, że są w Dolinie Waksmundzkiej, ale nie bardzo wiedzą, w którym miejscu. Jest ciemno, zimno, wietrznie. Kończy im się światło. Są przemoczeni, osłabieni. Proszą o szybką pomoc, gdyż nie przetrzymają w tych warunkach nocy. Ponieważ nie udało się dokładnie ustalić miejsca, w którym się znajdowali, z Hali Gąsienicowej przez Krzyżne do Doliny Waksmundzkiej wyruszyła ekipa ratowników z zadaniem odnalezienia poszukiwanych turystów, ogrzania i sprowadzenia w bezpieczne miejsce. Wiatr, ocieplenie i duże ilości śniegu spowodowały wzrost zagrożenia lawinowego. Ratownicy, zjeżdżając do Doliny Waksmundzkiej, kilkakrotnie podcinali niewielkie na szczęście lawiny. Dopiero około godz. 4 rano, przy pierwszym brzasku, dostrzegli dwójkę turystów w ścianie Małego Wołoszyna. Podcięte od strony doliny ściany i zalodzenie nie pozwalały na dotarcie do turystów bez odpowiedniego sprzętu wspinaczkowego. Na pomoc wyruszyła z Zakopanego kolejna ekipa ratowników, którzy z kolei podeszli od strony Palenicy Białczańskiej. I tym razem ratownicy mogą mówić o sporym szczęściu. Podczas pokonywania progu doliny spadła na nich lawina, nie czyniąc im na szczęście krzywdy. Około 11.30 - po pokonaniu stromego zalodzonego żlebu - dotarli do oczekujących na pomoc turystów. Ich stan był poważny - chłopak na granicy utraty przytomności, dziewczyna, choć w nieco lepszym stanie, również nie mogła schodzić o własnych siłach. Silny wiatr uniemożliwiał skorzystanie ze śmigłowca. Szczęściem wiatr trochę osłabł - Sokół straży granicznej przyleciał z Nowego Sącza i z ratownikami na pokładzie poleciał do Doliny Waksmundzkiej. Udało się na linie podebrać turystów bezpośrednio ze ściany Wołoszyna. Zostali przeniesieni w bezpieczne miejsce w Dolinie Waksmundzkiej. Tam zostali włożeni na pokład śmigłowca i przewiezieni do szpitala. Gdyby nie śmigłowiec, długiego i trudnego klasycznego transportu turyści mogliby nie przeżyć. Smutnymi zdarzeniami, do jakich doszło w minionym roku w Tatrach, były samobójstwa. Doszło do 3 lub 4 takich zdarzeń - o jednym wypadku zbyt mało wiemy, by go jednoznacznie sklasyfikować. Smutne to, że Tatry bywają miejscem takich wypadków. Ale były również zdarzenia radośniejsze. Cieszyli się zawsze ratownicy, gdy szybko i skutecznie mogli udzielić pomocy tym, którym przytrafił się wypadek w Tatrach. Tę radość mącił jednak fakt, że ratownicy, mimo obietnic wysoko postawionych polityków, nie mogli doczekać się na śmigłowiec, który pozwoliłby im szybciej, pewniej i skuteczniej nieść pomoc. Szczególnie dużo wypadków zdarzyło się na stokach narciarskich. Zaczyna być to sporym problemem społecznym, gdyż każdy taki wypadek to z reguły kilkumiesięczne leczenie i rehabilitacja. W tym okresie kontuzjowany narciarz jest praktycznie wyłączony z czynnego życia. By przeciwdziałać wzrostowi liczby wypadków, konieczne staje się współdziałanie wszystkich zainteresowanych, a więc gestorów wyciągów, producentów sprzętu narciarskiego, ski-serwisów, instruktorów narciarskich, Polskiego Związku Narciarskiego i samych narciarzy. Nasze stoki narciarskie muszą być bezpieczniejsze.
Murzasichle aktualności
| aktualności, archiwum

|